Nie dajmy się zwariować
Przeglądając sobie spokojnie Facebooka trafiłam na ten oto link: http://fajnamama.pl/tabletki-z-lozyska/, tytuł mnie zaintrygował, choć i na wstępie obrzydził.Po przeczytaniu treści w sumie zabrakło mi słów. Dużo rzeczy rozumiem, nikt nigdy nie stwierdził, że mam wąski umysł, ale TO jest coś, co się w moim mózgu nie mieści. Tak jak picie tranu, wyciągów z ziół czy innych dziwnych preparatów pochodzenia zwierzęcego, potrafię zrozumieć, tak jak jedzenie surowych ryb, surowego mięsa i wszystkiego innego czym żywią się ludzie kochający mięso, jest dla mnie normalne, tak zjedzenie czegoś, co jest ludzkie wydaje mi się po prostu kanibalizmem. Zjedzenie własnego łożyska
po pierwsze: faktycznie kojarzy mi się z odruchami zwierzęcymi,
po drugie: jest dla mnie po prostu ohydne,
po trzecie: nie różni się dla mnie niczym od zjedzenia własnego palca, choćby nie wiem ile miał mieć witamin,
po czwarte: wydaje mi się okropnie niehigieniczne, nie dość, że ten kawałek mięsa rozwijał się razem z moim maleństwem, to rozwijał się we mnie, w środku mojego brzucha i tak jak dziecko jest pięknym stworzeniem, tak łożysko napawa mnie obrzydzeniem, samo w sobie...
Może i jestem zacofana, jednak mój mózg krzyczy za każdym razem gdy wspomnę treść artykułu.
Poza tym ten artykuł uzmysłowił mi, że jedzenie kredy szkolnej lub paprykarzu z miodem w ciąży to coś normalnego, a jeśli nie normalnego, to przynajmniej znajdującego się wciąż w granicach rozsądku.
Sama nie mam zbyt wielu ciążowych zachcianek, ewentualna ochota na czekoladę, sok jabłkowy czy kwaśną herbatę nieznacznie tylko wybiega poza normy zachowania bez ciąży - ale może ja po prostu jestem inna?

A więc tak, nazywam się Yzoja (a konkretniej Angelika Wincenta) i jestem blogoholiczką - mam ich dużo, znacznie więcej niż jestem w stanie ogarnąć. Do Bloggera nigdy nie umiałam się przekonać - może teraz nadszedł właśnie ten czas?